Trzeba przyznać, wiadomość o ciąży Alaski
początkowo mnie zaskoczyła. Zaskoczenie zmieniło się w radość, w końcu
wydarzenie jak najbardziej pozytywne - czego by nie mówić, jej
szczenięta byłyby chyba pierwszymi urodzonymi w tej watasze. I wszystko
byłoby w porządku, przyszła mama poinformowałaby nieświadomego jeszcze
partnera, że już niebawem troszczył się będzie nie tylko o nią, ale i
rozbrykane, puchate kulki... Tylko, że zemdlała. A to już nie był dobry
objaw.
Wyrwało mi się całkiem dosadne przekleństwo, tyle dobrego, że zdążyłam
podtrzymać nieprzytomną waderę zanim upadła. Ułożyłam ją na wyściełanym
mchem legowisku, zastanawiając się, co też jej dolega. Sama przed sobą
musiałam przyznać, że zdecydowanie wolałam zajmować się zwykłymi,
powstałymi na skutek walki ranami, choroby również można było
zaakceptować. Wszelako ciąża to nie choroba. Liczy się nie tylko zdrowie
matki, ale i jej potomków. Westchnęłam, po czym podeszłam do wadery,
kładąc łapę na nieco grubszym niż przy naszym ostatnim spotkaniu
brzuchu. Nie wyczuwałam w niej choroby, magia niczego nie wykazała...
Choć to jeszcze nie była odpowiedź. Teraz jednak należało poradzić sobie
z omdleniem.
Płomienie przydatna rzecz, woda w kościanej, wykonanej z czaszki
jakiegoś większego zwierzęcia misce zagotowała się w mgnieniu oka.
Skruszyłam w łapach kilka wysuszonych ziół, po czym wsypałam je do wody.
Wnętrze jaskini wypełnił przyjemny zapach, kojarzący się z wiosennym
kwieciem - powstały wywar przybrał delikatnie zielonkawą barwę, co
znaczyło, że proporcje były odpowiednie. Poczekałam, aż wywar nieco
ostygnie i wlałam odrobinę do pyska Alaski - nie zaszkodzi jej na pewno,
a przyspieszy odrobinę powrót do przytomności, powinien w dodatku
poradzić sobie z bólem brzucha. Było to trochę niepokojące. Wymamrotałam
cicho kilka dawno już zapomnianych słów, których uczyła mnie Zielarka, a
które utworzyć miały coś w rodzaju połączenia, które powiadomiłoby
mnie, gdyby stan pacjentki się pogorszył. Na razie był stabilny, co
pozwalało mieć nadzieję, że szybko się poprawi. Teraz jednak... Zaświtał
mi pewien pomysł.
Gnająca na złamanie karku uzdrowicielka to nie jest normalny widok,
jednak nie wszędzie sprawdzają się skrzydła. Większość drogi w kierunku
Polany Zmarłych przebyłam w powietrzu, należało jednak przebiec pomiędzy
otaczającymi polanę drzewami. Połączenie milczało, zatem z Alaską jak
dotąd wszystko powinno być w porządku. Zamierzałam poradzić się swej
dawnej mentorki, przekonana, że odpowie na moje wezwanie. Dotarłam na
miejsce, po czym uspokajając oddech spróbowałam wezwać duszę martwej
wilczycy.
- Przybądź, Savaeri, odpowiedz na wołanie swej podopiecznej, potrzebuję
twojej wiedzy. - Zamknęłam oczy, zastanawiając się, na ile wariacki
pomysł okaże się skuteczny. Gdy je otworzyłam, stała przede mną,
dokładnie taka, jak ją zapamiętałam. Z tą drobną różnicą, że
półprzezroczysta.
- Rae, taka sama jak zwykle. Co cię trapi maleńka? - Widmo starej,
obwieszonej amuletami wadery posłało mi pełen ciepła uśmiech. Pokrótce
streściłam umarłej zielarce sytuację. Staruszka pokiwała głową, po czym
przemówiła:
- Widać, że więcej czasu poświęcasz łataniu rannych, niż cudowi
narodzin, widać. Ale cóż zrobić, nie na akuszerkę cię wyuczyłam. -
Podeszła do mnie, ujęła moją łapę i pozostawiła w nich pojedynczy,
przypominający gwiazdę liść, połyskujący złocistym blaskiem. Wysłuchałam
wskazówek, mówiących, jaki z tego stworzyć eliksir, czego dodać do
mieszanki, jak dawkować... Oraz całkiem optymistycznego zapewnienia, że
Alasce i jej przyszłym potomkom nie zagraża nic tak poważnego, by
wywoływać duchy zza grobu.
- Dziękuję, Savaeri.
- Czekamy na ciebie Rae, wszyscy. Opiekuj się tą swoją pacjentką.
Do jaskini pognałam jeszcze szybciej, niż w kierunku Polany. Wróciłam
akurat w momencie, w którym Alaska otworzyła oczy, po czym w jednej
chwili dezaktywowałam połączenie. Uśmiechnęłam się do wadery.
- Wiesz, trochę to było niepokojące... Nie martw się, nic wam nie grozi.
Ciąża rozwija się prawidłowo, choć twoje dzieci są jak na równie młode
wilczki wyjątkowo energiczne.
Ponownie zabrałam się do przygotowywania wywaru, wszelako tym razem
dodałam do niego otrzymany od mentorki listek. Powstały eliksir miał
złocistą, jasną barwę, nie wydzielał żadnego zapachu.
- Alasko, uprzedzam pytanie. Przez jakiś czas jeszcze cię stąd nie
wypuszczę, muszę mieć pewność, że wszystko będzie w porządku. -
Podzieliłam powstały wywar na cztery porcje, jedna na dzień, po czym
pierwszą z nich podałam wilczycy. Wydawałam się nieco zamyślona.
<Alaska?>