niedziela, 24 marca 2013

Od Rae - C.D Amary



Usłyszałam szloch Amary, więc nie namyślając się wiele ruszyłam w jej kierunku. Obok mnie przemknęło coś... Nie wiem, mgła? Srebrzyste, zwiewne, na pierwszy rzut oka zupełnie nieszkodliwe. Tylko, dlaczego moja sierść zjeżyła się na samą myśl, że miałabym tego czegoś dotknąć?
- Amaro? Wszystko w porządku? - Zaniepokoiły mnie jej krzyki, ale na razie nie zniechęcałam się do dalszej wyprawy. Zamierzałam podążać ku sercu lasu, z jakiegoś powodu doskonale zdawałam sobie sprawę, w którym to kierunku. Coś mnie tam ciągnęło, myśl, że może nie jest to najrozważniejszy pomysł odegnałam równie szybko, jak się pojawiła. Ciekawość ma swoje prawa...
- Ariana? Masz siostrę? - Podeszłam do wilczycy, zastanawiając się, czy nie urażę jej pytaniem o to, kim jest jej siostra. I w tym momencie pod moją łapą coś paskudnie chrupnęło. Co jak co, trzask pękającej kości rozpoznam od razu. Czy trzeba wspominać, że nie cierpię tego dźwięku? Nastąpiłam na coś, co przy odrobinie dobrej woli można było nazwać resztkami wilczego szkieletu. Jak sie okazało, dużego szkieletu. Wolałam się nie zastanawiać, jakiej wielkości był jego właściciel, skoro to, co zostało, pozwoliło zakładać, że bez trudu zmieściłabym się między jego żebrami. Przywołałam płomienie - trzy białe, jasne ogniki, których blask pozwolił ocenić rzeczywiste rozmiary padłego przed laty stworzenia. Kości były czarne, jedna z nich pod dotykiem mojej łapy obróciła się w pył. A to już było niepokojące.
- No cóż... Imponujący widok. - W świetle płomieni miałam okazję dostrzec Amarę, dalej blask nie sięgał.
- Nie wiem jak wy, ale dość już mam potykania się o własne łapy. Choć myślę, że tyle światła nam wystarczy... Przynajmniej nie wpakujemy się po ciemku w paszczę o, takiego jak tutaj - uśmiechnęłam się lekko, wyraźnie zapatrzona w śnieżnobiałe kły.
- Z drugiej strony... Możemy sobie ściągnąć na głowę coś gorszego - nie czekając na odpowiedź podeszłam do pokaźnej czaszki, zastanawiając się, czy ewentualna dusza, jeśli nie zaznała spokoju, będzie mi miała za złe, jeśli zabiorę sobie taki ząbek. Nim jednak wprowadziłam zamiar w czyn z pustych oczodołów wypadły dwie szkarłatne, niewątpliwie pierzaste kulki. Przemknęło mi przez myśl, że zupełnie, jakby szkielet po niewczasie zapłakał krwawymi łzami. Po chwili zmieniłam zdanie - rubiny byłyby określeniem trafniejszym, nie większe od wróbla ptaszyny wydawały się wyrzeźbione z tego właśnie kamienia. Latały. Niebezpiecznie blisko mojego pyska, co raczej mi się nie spodobało. Z drugiej strony - właśnie włączyło się zainteresowanie, zastanawiałam się, czy stworzonka są żywe, czy też napędza je jakaś nieznana magia. Najchętniej bym je złapała...
- Umrzesz! Umrzesz! Umrzecie! - pierwsza ptaszyna odezwała się skrzekliwym głosem.
- Viredi, viredi siva oth - dołączyła druga, choć jej słowa wydały mi się zupełnie niezrozumiałe.
- Mijają sekundy, godziny, miesiące. Chaos nie zna czasu.
Z mojego pyska wyrwało się pełne oburzenia warknięcie - pierwszy z ptaszków zaczął z zapałem szarpać mnie pazurkami za ucho. Drugi miał zdecydowanie mniej szczęścia. Kłapnęłam zębami gdy zbliżył się do mojego pyska, udało mi się go schwytać... Tylko teraz ani wypuścić, ani mówić. Mruknęłam coś zdecydowanie niezrozumiałego, może to i dobrze. Pozostająca na wolności ptaszyna przysiadła mi na głowie i spoglądała ze złością.

<Ktoś dokończy?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz