Nieco zaskoczyła mnie ta propozycja. Słowo się rzekło - opowiem, a jakże. Uśmiechnęłam się, całkiem radośnie. Może nawet, jak na mnie, nieco zbyt wesoło. Bo i każdą historię można opowiedzieć, nie każda jednak jest tego warta.
- Niech więc będzie wedle twojej woli, opowiem ci, jak wyglądały moje szczenięce lata... Choć może nie jest to historia warta uwagi. Banalna i krwawa, czasem wolałabym, by nie była prawdziwa. Liczę, że i ty w zamian powiesz coś o swej przeszłości.
Nie czekałam na odpowiedź, ani mi było w głowie pokazać po sobie, że nie lubię wspominać o własnej przeszłości. Tej wczesnej. A że nieco ubodło mnie, stwierdzenie, że opowiadane przeze mnie historie nie są prawdą... Cóż, to można wybaczyć. Kto by się spodziewał prawdy po gawędziarce?
- Coś w tym jest, można by z mojego życia wysnuć przynajmniej kilka opowieści. Najwcześniejsze wspomnienia? - Posłałam Alasce uważne, jakby oceniające spojrzenie. Uwierzy, czy uzna za ładną bajkę?
Płomienny wilk rozpadł się na kilkadziesiąt iskier, które zawirowały w szaleńczym tańcu. Złote, rozjaśniające mrok panujący w jaskini, niby okruchy słonecznego blasku. Czarne, podobne cieniom, a jednak lśniące wewnętrznym blaskiem. Niepokojące, usiłujące pochłonąć swych jaśniejszych braci.
- Na świat przyszłam w watasze pełnej niespokojnych dusz, w dniu śmierci ostatniego wilka Białego Słońca, zabitego przez mojego ojca, który w późniejszych latach zajął miejsca alfy. Nie mieliśmy nazwy ni imion, żyliśmy, a jednak nie było to życiem. Podobni cieniom, spadający na swe ofiary niby jastrząb, a szelest naszych skrzydeł zapowiadał rozlew krwi. Od wojny, do wojny, przerywanej mordowaniem się wzajemnie. Wydawało się to zupełnie normalne. Moja rodzina? Pełna była niezwykłych osobistości. Silnych, przerażających, gnanych szaleństwem. Może to cecha dziedziczna? Rywalizacja o władzę, narzucanie jej słabszym od siebie. Zamiast mleka matki krew jej ofiar, zamiast uczuć prawo siły i bezwzględne posłuszeństwo alfie. Połowa moich rówieśników ginęła we wczesnej młodości, reszta, w tym i ja, uczyła się przystosowywać. - Nie wspomniałam, jak wyglądało to przystosowanie. Po co roztaczać przed nową znajomą zbyt drastyczne wizje?
W jaskini pojaśniało. Delikatne, jakby onieśmielone zapadłą ciszą płomienie uformowały się w dwie czarne, puchate kulki. Szczenięta, z których jedno było niewątpliwie młodsze.
- A wiesz, że miałam starszego brata? Gdy ostatnio zetknęły się nasze drogi chciałam go zabić... Ale teraz nie ma to znaczenia. Poszedł w ślady ojca, jest alfą. Jeśli jeszcze żyje, tak się utarło, że tą funkcję obejmuje się uśmiercając poprzednika. Kiedyś... Podziwiałam go. To musiało być zabawne. Obiecujący potomek alfy, który dawno miał za sobą pierwsze łowy, i snujący się za nim szczeniak, nieporadny, ale wytrwały, naśladujący go we wszystkim. Bawiłam go.
Płomienie wirują, szczenięta zmieniają się w dorosłe wilki, dołączają do większej grupy. Otoczone szkarłatem, walczą z podobnymi sobie, polują, rzucają się ku swoim ofiarom. Smukła, utkana z ciemnych płomieni sylwetka drobnej wilczycy zatrzymuje się, waha, pozwala uciec stojącym naprzeciw niej przeciwnikom. Rae uśmiecha się obserwując płomienie.
- Wszystko biegło swoim rytem. Byłam młoda, odważna, oszołomiona poczuciem wspólnoty. Chciałam, by mnie podziwiano. I stało się. Nadszedł dzień, w którym wraz z resztą watahy zabrano mnie na wyprawę przeciw wrogom. Zwyczajna, nie spodziewająca się ataku wataha. Nie byli w stanie się bronić, ginęli w obronie swoich szczeniąt, a ja, niewiele starsza od tych niedorostków, zawahałam się. Zachlapana krwią, przerażająca, a jednocześnie zagubiona, stanęłam naprzeciw starszej od siebie wadery. Gotowa była zginąć w obronie swoich dzieci, widziałam w jej ślepiach determinację, i coś, czego nie rozumiałam, a co wydało mi się piękne. Zatrzymałam się, odwróciłam łeb i pozwoliłam jej się oddalić, nie podjęłam walki. - Przerwałam na chwilę, wpatrując się w niebieskie ślepia Alaski. A co ona zobaczy w moich oczach?
- Tego dnia odprowadzało mnie drwiące spojrzenie mojego brata. Opuściłam watahę. Oczywiście, zdarzenie nie umknęło pobratymcom. Czy może być wyraźniejszy znak słabości? Wilczyca nie uniknęła śmierci, jej szczenięta także.
I znowu gaśnie blask, pozostają tylko czarne, obleczone w kształty wilków płomienie. Czarna wilczyca oddala się od grupy.
- Oto i moja historia. Choć miało być o braku obycia towarzyskiego. Prawda, doświadczeniem w tej materii jeszcze długi nie mogłam się poszczycić. Znalazła mnie uzdrowicielka, wkrótce po moim niezbyt szczęśliwym spotkaniu z pewnym paskudnym stworzeniem. Może zrobiło się jej żal młodej, nieledwie wyrosłej z lat szczenięcej wadery? Może zawędrowałam na tyle daleko, by nie uznała skrzydeł i czarnej sierści za znak przynależności do mojej rodzinnej, przez wielu przeklinanej watahy? W każdym razie nieufność i powarkiwanie na każdego, kto zbyt szybko poruszył się w mojej obecności przeszło mi po kilku miesiącach życia pod jej opieką. Jej córkę nazwać mogłam swoją siostrą, zaś samą uzdrowicielkę - matką. Miała takie same oczy jak wadera, naprzeciw której przyszło mi stanąć. Życie w normalnej watasze... Obfitowało w zabawne sytuacje, spowodowane w znacznej mierze moją nieznajomością obyczajów, ale wspominam to z radością. To były piękne lata.
Jaskinia ponownie utonęła w blasku złocistych płomieni, które powróciły na swe naturalne miejsce. Ponownie skupiłam uwagę na Alasce.
- To jak, usłyszę twoją historię? - Uśmiechnęłam się możliwie zachęcająco.
<Alaska?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz