Od pożegnania z Alaską wiele się wydarzyło. Wadera wywarła na mnie dobre
wrażenie, miałam nadzieję, że jeszcze nie raz ją spotkam. Może nawet
uda się z nią zaprzyjaźnić? Teraz w każdym razie nie brakowało mi zajęć.
No proszę, kolejny pacjent…
- A ja myślałam, że łowcy potrafią być cicho… To ich dowódca tym
bardziej, prawda? - Uśmiechnęłam się do Ravenclawa, podchodząc z niezbyt
przyjemnie pachnącym lekarstwem.
- I co z tego, że śmierdzi? Najważniejsze, że działa. I to jak! – Czy ja
sama w to wierzę…? Jaskinię trzeba będzie nieco przewietrzyć, coś w tym
jest.
- Liczy się efekt, nie stadium przejściowe. Przeżyjesz, znam gorsze
paskudztwa… To nawet nie jest zbytnio skomplikowane, składniki
znajdziesz na pierwszej lepszej łące. Niektóre po prostu suszy się nieco
dłużej. – Oczywiście, że gadałam. Zagadać, żeby zmniejszyć dystans od
pacjenta, to wcale nie taka zła metoda. Napojony lekarstwem Raven nie
miał okazji do protestów. Wróciłam po chwili, tym razem z maścią na
poparzenia.
- Zostawię ci nawet zapas, jeśli nie zapomnisz o stosowaniu tego przez
trzy najbliższe dni, ze dwa, może nawet trzy razy na dobę blizn nie
będzie. Przygoda ze smokiem… - powiedziałam cicho, po czym zamilkłam na
dobrych kilka chwil.
- To masz prawdziwe szczęście.
<Raven, Amara?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz