To był nawet udany dzionek. Co prawda moje drogi nie krzyżowały się zbyt często z watahą, ale czas był to zmienić - legowisko urządziłam sobie w przestronnej, całkiem interesującej jaskini, szczególną uwagę zwracając na trudne do zauważenia, choć niewątpliwie użyteczne przejście. Jeśli ktoś potrafi się przez nie przecisnąć. Tak, kiedyś je chyba poszerzę… Stwarzało interesujące możliwości. Ciągnęło się w głąb ziemi, po drodze łącząc się z trzema kolejnymi, choć znacznie mniejszymi grotami, których ściany pokryte były srebrzystym kryształem. Dokąd prowadziło? Kiedyś to zbadam, na razie niech jest, jak jest. Byłam pewna, że prowadzi na powierzchnię – wyczuwało się w nim odrobinę świeżego powietrza. W każdym razie kryształ zainteresował mnie na tyle, by jego kawałki zawlec na górę, do właściwej siedziby. Prawda, miejsce spore jak na jedną, samotną wilczycę. Ale zawsze znajdzie się dla niego jakieś zastosowanie. Może szpital, szkoła, warsztat…? Na pewno pracownia. Co tu kryć, pomysłów mi nie brakowało. Tymczasem światła dostarczały rozsiane w pozornie przypadkowych miejscach płomienie, spod sufitu zwieszało się już kilkanaście pęków rozmaitego zielska, wypełniającego pomieszczenie przyjemnym zapachem, a szmaragdowy mech służył za całkiem wygodne miejsce snu. Co z kryształem? Ano, właśnie. Może to dziwne, ale postanowiłam przyozdobić nim siedzibę. Konkretniej – wejście do niej.
Stojąc na szczycie chybotliwej, kamiennej konstrukcji, z takich, co to trzymają się tylko na słowo honoru, musiałam stanowić zabawny widok. Czarne skrzydła, rozłożone dla lepszego zachowania równowagi, jakieś połyskujące kamyczki, które zawzięcie wtapiałam w skałę nad wejściem, by tworzyły ozdobny, kwiatowy wzór, a do tego pełgające wokół jednej z łap płomienie, wystarczająco gorące, by sobie z tą skałą poradzić… Wydawałam się nie dostrzegać niczego poza dziełem, pomyślałby tak każdy obserwator. Ciężko było mnie przeoczyć – zapach ziół, którym przesiąkła moja sierść wyczuwalny był na znaczną odległość, a i popis wokalny z pewnością słyszano na milę. Fałszowałam diablo, śpiewając w takt delikatnej kołysanki piosenkę dość makabryczną. Słowa układały się w historię zdrajcy, który wymordował własną watahę, pozostawiając przy życiu jedynie trójkę szczeniąt. Ot, nie ma to jak uprzyjemniać życie potencjalnym gościom. Po części ciekawa byłam, czy kogoś tu łapy przyniosą… Nie pogardziłabym rozmową, nastrój dopisywał. Może nawet ktoś by mnie oprowadził po częściej uczęszczanych terenach watahy...? Dokończy ktoś? | |||||||||||
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz