Każdy ma jakieś marzenia, cele, plany na
przyszłość. Czasem nawet coś, do czego mógłby wrócić. Oczywiście, jak
długo jest to na wyciagnięcie łapy, można nawet tego nie zauważyć. A
później wszystko znika, nie ważne, w wyniku wojny czy katastrofy – nie
ma i już, przywyknij. Żyj dalej. Wyj, niczego nie zmienisz. Los to
naprawdę wredny skurczybyk.
Nie wiem, jak długo niosły mnie łapy, ani dlaczego ostatecznie
zostałam akurat tu. W pewnym momencie po prostu przestałam myśleć o
upływie czasu, przecież nie miałam dokąd się spieszyć. Zabawne. Całe
dotychczasowe życie to już zamknięty etap. Ile by po nim nie zostało
wspomnień. Podobno jestem młoda. Czymże są trzy lata?
Rodziny znać nie chciałam – liczna, skupiona na coraz to nowszych
sposobach zabijania się wzajemnie, szalona. Ciekawych umiejętności uczą
swe szczenięta. Imiona? Albo nie znali tego pojęcia, albo nie mieli
zamiaru nadawać ich potomstwu. Z którego i tak połowa marła za młodu.
Przemknęło mi przez myśl, że opuszczenie rodzinnej watahy było jednym z
lepszych pomysłów.
Przygarnęła mnie zielarka. Może zrobiło się jej żal błąkającego się
samotnie szczenięcia? Jej zawdzięczam imię, wiedzę na temat ziół i
leczenia. Raeza, zjawa o czarnych skrzydłach. Rae. Cóż, to były dobre
wspomnienia. Zabawy z jej córką, która była mi siostrą. Wspólne łowy.
Życie w normalnej, pełnej życia watasze. Nie miało znaczenia, że z
czarnym futrem i skrzydłami zupełnie nie przypominałam tamtejszych
wilków.
Później? Miłość, czegóż trzeba młodej waderze, żeby się zakochać? U
boku Desa chciałam spędzić całe swoje życie. Zawrócił mi w głowie, z
tymi swoimi srebrnymi oczyma i wesołym uśmiechem, nieustannie skory do
kolejnych psot. Piękne czasy.
To co dobre zawsze kończy się zbyt szybko, prawda stara jak świat. Po
raz kolejny spotkałam swoją rodzinę, w makabrycznych okolicznościach. Od
pewnego czasu zaczynało brakować zwierzyny, zaczął się głód. Z głodem
przyszła i wojna, można się było tego spodziewać.
Krew, skowyt, przemykające pośród płomieni cienie. Czarnoskrzydłe,
jakby utkane z cienia, o czerwonych ślepiach. Śmierć bliskich sercu,
gniew, ogień zwracający się przeciw tym, którzy go przyzwali. Niewiele z
tamtych dni pamiętam, nawet o tym chciałabym zapomnieć. Pewien
szczeniak spytał mnie później, czy to prawda, że pożeramy swe ofiary
żywcem. Widząc, jak poczynała sobie moja dawna rodzina, mogłabym w to
uwierzyć.
Cóż po zdolnościach leczniczych, kiedy nie mogłam wrócić życia umarłym?
Wróg został odparty, a cena była straszliwa. Zawsze jest. Leczyłam
tych, którzy ocaleli, z nimi opłakiwałam stratę bliskich, przez jakiś
czas żyłam w zupełnym otępieniu. W jakiś czas później wybrano nowego
alfę. Wygnał mnie z watahy, za powód uznając moje pochodzenie.
Wyglądałam przecież jak ci, którzy nas zaatakowali. Przypominałam o
tragedii. Nawet nie miałam mu tego za złe.
Na tereny Watahy Srebrzystych Łez dotarłam dużo później, uprzednio
włócząc się jako wędrowna uzdrowicielka. Opatrywałam rany, wyganiałam
choroby, zbierałam przydatne zioła lub interesujące błyskotki. Wszystko
to nie do końca świadomie, jakby machinalnie. Przeszłam przez góry,
znalazłam się tu. Myśl o znalezieniu sobie nowej rodziny, przyjaciół…
Początkowo nawet nie pokazywałam się żyjącym tu wilkom. Zawsze
potrafiłam poruszać się cicho, nie było to takie trudne. Słuchałam ich
głosów, nie będąc w stanie wyjść z ukrycia i włączyć się do rozmowy. Aż
do dnia, w którym spotkałam Amarę.
Uśmiechnęłam się w kierunku napotkanej wilczycy, która nie dała po sobie
poznać nawet śladu zaskoczenia moją obecnością. Z zasłyszanych rozmów
wiedziałam, że jest ona tutejszą alfą, czyli do niej należałoby się
zwrócić, jeżeli zamierzam zostać na tych terenach. Przyznam, że nie
spodziewałam się napotkać je w takim miejscu – utkwiłam spojrzenie w
niepozornej, a jednak w jakiś sposób niepokojącej studni, która miała
ponoć odpowiedzieć na każde zadane pytanie. O czym myślałam, przychodząc
tutaj? Jak pewnie wielu przede mną, chciałam poznać prawdę – czy znajdę
tu dom? Zastygłam nieruchomo, obserwując skrzydlatą wilczycę. Czy ona
na coś czekała? Milczenie się przeciągało, a ja nie bardzo wiedziałam,
jak je przerwać. I czy na pewno chcę to zrobić. Po chwili namysłu
uznałam, że tak.
- Bądź pozdrowiona – cisza, czyżby to nie było najwłaściwsze powitanie? – Jestem Rae.
Dalej rozmowa potoczyła się w sposób bardziej naturalny, wilczyca
zrobiła na mnie całkiem dobre wrażenie. Może tu będzie inaczej?
Pożegnałam się, po raz ostatni spojrzałam na studnię i ruszyłam
rozejrzeć się za jakimś legowiskiem. Po co znać przyszłość? Niech to
będzie niespodzianka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz