sobota, 19 stycznia 2013

Od Rae:

Każdy ma jakieś marzenia, cele, plany na przyszłość. Czasem nawet coś, do czego mógłby wrócić. Oczywiście, jak długo jest to na wyciagnięcie łapy, można nawet tego nie zauważyć. A później wszystko znika, nie ważne, w wyniku wojny czy katastrofy – nie ma i już, przywyknij. Żyj dalej. Wyj, niczego nie zmienisz. Los to naprawdę wredny skurczybyk.
Nie wiem, jak długo niosły mnie łapy, ani dlaczego ostatecznie zostałam akurat tu. W pewnym momencie po prostu przestałam myśleć o upływie czasu, przecież nie miałam dokąd się spieszyć. Zabawne. Całe dotychczasowe życie to już zamknięty etap. Ile by po nim nie zostało wspomnień. Podobno jestem młoda. Czymże są trzy lata?
Rodziny znać nie chciałam – liczna, skupiona na coraz to nowszych sposobach zabijania się wzajemnie, szalona. Ciekawych umiejętności uczą swe szczenięta. Imiona? Albo nie znali tego pojęcia, albo nie mieli zamiaru nadawać ich potomstwu. Z którego i tak połowa marła za młodu. Przemknęło mi przez myśl, że opuszczenie rodzinnej watahy było jednym z lepszych pomysłów.
Przygarnęła mnie zielarka. Może zrobiło się jej żal błąkającego się samotnie szczenięcia? Jej zawdzięczam imię, wiedzę na temat ziół i leczenia. Raeza, zjawa o czarnych skrzydłach. Rae. Cóż, to były dobre wspomnienia. Zabawy z jej córką, która była mi siostrą. Wspólne łowy. Życie w normalnej, pełnej życia watasze. Nie miało znaczenia, że z czarnym futrem i skrzydłami zupełnie nie przypominałam tamtejszych wilków.
Później? Miłość, czegóż trzeba młodej waderze, żeby się zakochać? U boku Desa chciałam spędzić całe swoje życie. Zawrócił mi w głowie, z tymi swoimi srebrnymi oczyma i wesołym uśmiechem, nieustannie skory do kolejnych psot. Piękne czasy.
To co dobre zawsze kończy się zbyt szybko, prawda stara jak świat. Po raz kolejny spotkałam swoją rodzinę, w makabrycznych okolicznościach. Od pewnego czasu zaczynało brakować zwierzyny, zaczął się głód. Z głodem przyszła i wojna, można się było tego spodziewać.
Krew, skowyt, przemykające pośród płomieni cienie. Czarnoskrzydłe, jakby utkane z cienia, o czerwonych ślepiach. Śmierć bliskich sercu, gniew, ogień zwracający się przeciw tym, którzy go przyzwali. Niewiele z tamtych dni pamiętam, nawet o tym chciałabym zapomnieć. Pewien szczeniak spytał mnie później, czy to prawda, że pożeramy swe ofiary żywcem. Widząc, jak poczynała sobie moja dawna rodzina, mogłabym w to uwierzyć.
Cóż po zdolnościach leczniczych, kiedy nie mogłam wrócić życia umarłym? Wróg został odparty, a cena była straszliwa. Zawsze jest. Leczyłam tych, którzy ocaleli, z nimi opłakiwałam stratę bliskich, przez jakiś czas żyłam w zupełnym otępieniu. W jakiś czas później wybrano nowego alfę. Wygnał mnie z watahy, za powód uznając moje pochodzenie. Wyglądałam przecież jak ci, którzy nas zaatakowali. Przypominałam o tragedii. Nawet nie miałam mu tego za złe.


Na tereny Watahy Srebrzystych Łez dotarłam dużo później, uprzednio włócząc się jako wędrowna uzdrowicielka. Opatrywałam rany, wyganiałam choroby, zbierałam przydatne zioła lub interesujące błyskotki. Wszystko to nie do końca świadomie, jakby machinalnie. Przeszłam przez góry, znalazłam się tu. Myśl o znalezieniu sobie nowej rodziny, przyjaciół… Początkowo nawet nie pokazywałam się żyjącym tu wilkom. Zawsze potrafiłam poruszać się cicho, nie było to takie trudne. Słuchałam ich głosów, nie będąc w stanie wyjść z ukrycia i włączyć się do rozmowy. Aż do dnia, w którym spotkałam Amarę.
Uśmiechnęłam się w kierunku napotkanej wilczycy, która nie dała po sobie poznać nawet śladu zaskoczenia moją obecnością. Z zasłyszanych rozmów wiedziałam, że jest ona tutejszą alfą, czyli do niej należałoby się zwrócić, jeżeli zamierzam zostać na tych terenach. Przyznam, że nie spodziewałam się napotkać je w takim miejscu – utkwiłam spojrzenie w niepozornej, a jednak w jakiś sposób niepokojącej studni, która miała ponoć odpowiedzieć na każde zadane pytanie. O czym myślałam, przychodząc tutaj? Jak pewnie wielu przede mną, chciałam poznać prawdę – czy znajdę tu dom? Zastygłam nieruchomo, obserwując skrzydlatą wilczycę. Czy ona na coś czekała? Milczenie się przeciągało, a ja nie bardzo wiedziałam, jak je przerwać. I czy na pewno chcę to zrobić. Po chwili namysłu uznałam, że tak.
- Bądź pozdrowiona – cisza, czyżby to nie było najwłaściwsze powitanie? – Jestem Rae.
Dalej rozmowa potoczyła się w sposób bardziej naturalny, wilczyca zrobiła na mnie całkiem dobre wrażenie. Może tu będzie inaczej? Pożegnałam się, po raz ostatni spojrzałam na studnię i ruszyłam rozejrzeć się za jakimś legowiskiem. Po co znać przyszłość? Niech to będzie niespodzianka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz