Strasznie mi się nudzi. Nie mam z kim
pogadać. Alaska i Crepper zakochali się w sobie, Mack i Shina też,
innych rzadko widuję. Postanowiłem więc pójść na spacer. Nic
tak nie orzeźwia jak spacer po dżungli. Poszedłem. Po drodze
spotkałem Kitkę. Zdziwiłem się dlaczego nie jest z Alaską albo w
jej towarzystwie. Akurat podał deszcz więc dżungla wyglądała
bardzo ładnie. Nagle usłyszałem jakby coś się poruszyło w
krzakach. Odwróciłem się ale nic nie zobaczyłem. Nagle z tyłu
skoczył na mnie młody smok. Ugryzł mnie w skrzydło. Odwróciłem
się i uderzyłem go w pysk. Zawył. Potem ugryzłem go w szyję.
Padł. Już chciałem wracać ostrzec watahę ale drogę zagrodził
mi smok. Taki duży dorosły smok. Skoczyłem na niego i z całą
siłą uderzyłem go w pysk. Przyjął cios i zamachną się ogonem i
przygwoździł mnie do drzewa. Chyba złamałem lewą łapę. Ale…
Smok skoczył i zionął ogniem, nie zdążyłem zrobić uniku. Nagle
zacząłem zmieniać się w wilkołaka. Zamachnąłem się i
uderzyłem smoka. Zmalałem. Znowu byłem wilkiem, tylko dlaczego?
Ugryzłem smoka w szyję. Zanim zginą uderzył mnie jeszcze w pysk.
Obolały, spalony i wycieńczony ostatkiem sił zawlokłem się do
Amary.
(ktoś dokończy?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz